OD KIEDY MOŻNA NOSIĆ DZIECKO W CHUŚCIE?

Od kiedy można nosić dziecko w chuście?

Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi 🧐 To bardzo indywidualna sprawa. Dziecko jest gotowe do noszenie od urodzenia, natomiast warto dać sobie czas, żeby dojść do siebie po trudach porodu. Gdy już mama jest gotowa i w pełni sił, to można spokojnie przystąpić do nauki 💪

Są oczywiście wiązania, w których można bezpiecznie nosić dzieci już od urodzenia. Ale bezpiecznie czyli jak? Mówimy tutaj o pozycji fizjologicznej, prawidłowej w odpowiednim momencie rozwojowym. Najlepsza pozycja jest więc taka, jaką dziecko samo naturalnie przyjmuje. Właściwie przypomina tą z łona matki, zwaną pozycją embrionalną. Nazywana jest również zgięciowo-odwiedzeniową. Swoją drogą, stanowi ona dodatkowo profilaktykę dysplazji stawów biodrowych.
O co chodzi w tej prawidłowej pozycji? Jak ją uzyskać?
Najkrócej mówiąc – nóżki bąbelaska powinny być zgięte w kolanach na poziomie pępuszka pod kątem ok. 110°. Dzięki temu sprytnemu zabiegowi miednica się podwija, a kręgosłup zaokrągla w fizjologiczny kształt literki C. I tutaj właśnie mamy rozwiązanie zagadki – co z dzieckiem, które nie trzyma jeszcze główki? Właśnie takie ustawienie nóżek, miednicy i kręgosłupa sprawia, że główka swobodnie opada i opiera się na klatce rodzica. Kiedy popatrzymy na to z przodu, nóżki ustawieniem powinny przypominać literę M. Odwiedzenie zmienia się wraz z rozwojem dzidziulka – zaczynając od 60° a kończąc na 90°, dostosowując się do zmian zachodzących w krzywiznach kręgosłupa. A gdzie stópki? one naturalnie rotują się na zewnątrz.
O czym pamiętać?
Jeszcze raz przypominam – jeżeli chodzi o zapewnienie optymalnych warunków dla układu kostno-stawowego, zasada jest jedna- dziecko musi być prawidłowo zamotane. Nie ma wówczas mowy o wymuszonej pionizacji, której wszyscy się boją. Pionizacja bowiem to przyjmowanie postawy wyprostowanej, którą maluszek nabywa wraz z wiekiem, ucząc się sukcesywnie samodzielnego poruszania. Pionizowanie niemowlaka bardzo obciąża jego kręgosłup.
Często zaś słyszę zarzut, że przecież w chuście dziecko jest spionizowane. Otóż nie – to, że głowa jest u góry, a pupa u dołu to nie znaczy, że dziecko jest spionizowane. Ale od początku.
Trzeba sobie uświadomić, że kręgosłup noworodka w niczym nie przypomina budową tego naszego, ma kształt litery C i nie posiada charakterystycznych dla dojrzałego układu kostnego krzywizn. U dzidziulka kręgi mają strukturę chrzęstną, a krążki międzykręgowe są znacznie bardziej uwodnione, dzięki czemu bardzo dobrze amortyzują małe ciałko. Przy pozycji wyprostnej kości i stawy są poddawane dużym przeciążeniom a głowa naciska osiowo na kręgosłup, co jest bardzo dużym obciążeniem dla tak niedojrzałego organizmu. Na wszystko przychodzi czas, a żeby skutecznie rozładowywać te przeciążenia, kręgosłup musi dojrzeć, przyjmując kształt litery S i odpowiednie wygięcia w określonych odcinkach. Najpierw kształtuje się lordoza szyjna, dzieje się to między 4 a 8 tygodniem życia. Następnie, między 7 a 10-tym miesiącem życia kształtuje się kifoza piersiowa, co oznacza, że odcinek piersiowy kręgosłupa zaczyna się prostować, i co w rezultacie prowadzi w do samodzielnego siadu. Na końcu jest lordoza lędźwiowa, i to jest czas, w którym nasz dzidziuś zaczyna wstawać i samodzielnie chodzić. Właściwie dopiero od tej chwili kręgosłup dziecka jest spionizowany i chociaż już bardzo przypominaj nasz kręgosłup, to wciąż nie możemy mówić o pełnej dojrzałości.
Warto pamiętać, że chusta to narzędzie jak każde inne, które może być dobrze albo źle wykorzystane, dlatego zanim zaczniemy motać na własną rękę, to skontaktujmy się z doradcą noszenia.
Dołączam grafikę, która wiele powinna wyjaśnić (źródło mp.pl i pinterest)

#doradca #doradcasięwymądrza #odkiedynosić

Jestem złą matką …

Oglądam profile super matek i stwierdzam, że jestem złą matką.

Jestem złą matką, bo jestem zbyt surowa dla mojego Miśka, za mało organizuję mu zabaw edukacyjnych w domu, za dużo go przytulam, za często mówię mu, że nie mam czasu, za długo jest w przedszkolu, za mało ma zajęć sportowych, zbyt mało je warzyw, powinnam lepiej gotować i stworzyć bardziej zróżnicowaną dietę, za mało wiem o jego terapii, za dużo się przejmuję co powiedzą o nim inni…

Jestem złą matką, bo, za rzadko chodzę na spacery z Hanią, za dużo ją noszę, za mało czytam jej książek, za dużo pracuję, za dużo czasu spędzam na obowiązkach domowych, za często ze mną jeździ do pracy, za rzadko może mieć spokojna drzemkę w swoim łóżeczku, za mało ma zajęć ogólnorozwojowych, za późno poszła do dentysty, za dużo choruje, a ja zapomniałam znowu zrobić jej badań…

Jestem złą matką, bo za mało mam czasu z nimi, za mało czasu tylko dla nich… Ciągle czegoś za mało albo za dużo. Moje wybory wydają się wciąż niedobre, jestem ciągle nie tam gdzie chcieliby mnie widzieć inni. Marnuję czas z dziećmi, zamiast robić korpokarierę. Każdego dnia zamartwiam się o ich przyszłość, o to czy dobrze robię, o to czy moja intuicja mnie nie myli. Każdego dnia mam wyrzuty sumienia, że czegoś nie zrobiłam albo o czymś zapomniałam. Znacie to?

A gdyby tak odpuścić? Gdybym mogła być dla siebie dobra, łagodna, mniej wymagająca? Gdybym potrafiła powiedzieć sobie: „Ok, może te Twoje decyzje nie są obiektywnie najmądrzejsze, ale to najlepsze, co na tę chwilę i na wiedzę, którą masz, zrobiłaś.”

A gdyby tak olać? Gdybym spróbowała się nie zadręczać, że dzieci na kolację zjadły pizzę zamiast tarty z brokułami. Gdybym potrafiła pobawić się na spokojnie z dziećmi, chociaż wiem, że czekają 3 pralki, 2 suszarki i zmywarka? Jak by to było, gdybym poświęciła im full czas i atencję, bez telefonu w ręce. A może wieczorem przymknąć oczy, że nie chcą się kąpać, a zamiast tego obejrzeć razem bajkę, bo na nic więcej nie ma siły.

A może zrobić tak, jak radzą wszystkie te celebrytki i motywatorki – przejrzeć swoją listę obowiązków i zamienić wszystkie „muszę zrobić” na „chcę zrobić”. Może okaże się, że niewiele muszę. Może okaże się, że zupełnie inne są priorytety. Może czysty dom, okna, przez które coś widać i kuchnia pachnąca ciasteczkami fit nie znaczą tyle, co wtulone we mnie dwa małe ciałka.

A gdyby dać sobie prawo do pomyłek, przestrzeń do popełniania błędów, do pokazania tego moim dzieciom i dania im tym samym prawa do szukania swoich granic. Jakby to było nie musieć być idealną mamą?

Gdyby kiedyś okazało się jednak, że ten czas, w którym tak dużo jest ich w moim życiu, a tak mało ich samodzielności, tak wiele obowiązków, troski, czuwania w gorączce, śpiewania do ucha, tańczenia do muzyki, przytulania na kanapie, obcierania pupek, wycierania glutów, nocnych płaczów i krzyków „maaaaamooooo”, gdyby okazało się, że to najpiękniejsze lata mojego życia? Może nikt już nigdy nie będzie mnie tak potrzebował, tak kochał i tak mi ufał? Może mimo tego wszystkiego, o co mam do siebie pretensje, jestem dla nich najlepszą chociaż nieidealną mamą?

Rozmowa o macierzyństwie, miłości i o … ADOPCJI

Rozmowa, która daje nadzieję. Rozmowa o macierzyństwie, miłości i o … ADOPCJI.

Kiedyś powiedziałam tej niezwykłej kobiecie, że ich syn miał szczęście, że do nich trafił – na co ona od razu odpowiedziała mi, że to Oni mieli szczęście, że jest z nimi. Taka właśnie jest moja kolejna zwyczajna niezwyczajna historia. Zależało mi bardzo na tej rozmowie, szczególnie teraz, bo pewnie lada dzień urodzi swojego długo wyczekiwanego syna i może już nie mieć dla mnie tyle czasu 😉

Rozmawiam z Tobą w dość szczególnym czasie, jest początek roku 2019, ale dla Ciebie to nie tylko początek roku, ale też początek nowego życia w Waszej rodzinie, bo lada dzień przyjdzie na świat Twój drugi syn. Jak się teraz czujesz?

Cały okres ciąży był dla mnie wyjątkowo łaskawy, nie miałam żadnych typowych dolegliwości, humorów, zachcianek. Dlatego teraz, mimo że jest mi już ciężko, to nie narzekam i mam nadzieję, że na dniach powitam na świecie mojego drugiego synka.

Zwykle wraz z rozpoczynającym się rokiem mamy listę zadań i postanowień na przyszły rok. A jak to jest u Ciebie? Jakie masz wyobrażenie tego roku? Jak siebie widzisz jako mama dwójki dzieci?

Postanowień nie robię nigdy, bo i tak nic z nich nie wychodzi. Jedyne, czego chcę dla siebie i swojej rodziny, to szczęśliwego rozwiązania i zdrowia dla nas wszystkich. A jak widzę siebie jako mamę dwójki? Raczej spodziewam się, że ten rok będzie dla nas dość męczący;) Mimo wszystko mam nadzieję, że uda mi się czasem wyjść na jakieś zajęcia dla mam z dziećmi, może do kina, tak, jak robiłam to ze starszym synem. I wiem, że pomimo zmęczenia to będzie dla nas wspaniały rok.

Twój starszy syn jest w jakim wieku? Jaka różnica będzie między Twoimi dziećmi?

Mój syn ma teraz 22 miesiące, i taka będzie różnica wieku między chłopcami.

Nie jest tajemnicą, że Twój starszy syn pochodzi z adopcji. Możesz opowiedzieć kiedy do Was trafił i w jakich okolicznościach?

Tak, nasz syn jest adoptowany, trafił do nas jako noworodek. Zabraliśmy go do domu prosto ze szpitala, gdzie się urodził i gdzie zostawiła go jego mama biologiczna.

Dlaczego z mężem zdecydowaliście się na adopcję?

Z tego samego powodu, z jakiego Ty zdecydowałaś się na dzieci:) Po prostu chcieliśmy być rodzicami. Tak naprawdę decyzja o adopcji zwykle jest egoistyczna – para pragnie mieć dziecko. Oczywiście, ta decyzja jest dużo łatwiejsza (choć i tak bardzo trudna) dla małżeństw, które mają problemy z zajściem w ciążę. Tak było u nas. Bardzo chcieliśmy mieć dzieci, ale okazało się, że prawdopodobnie nie będzie to możliwe. Proces oswajania się z tą sytuacją był dla nas bardzo ciężki i długi. Ciężko jest dopuścić do siebie myśl, że nigdy nie będzie się mamą, tatą, zwłaszcza gdy się tego bardzo chce. Na szczęście i dla mnie, i dla mojego męża, adopcja nie jest niczym złym, jest po prostu jedną z możliwych dróg, prowadzących do rodzicielstwa. Dlatego zaczęliśmy o tym rozmawiać i podjęliśmy decyzję, że to jest właśnie nasza droga. Oboje byliśmy na to gotowi. Udaliśmy się do Ośrodka Adopcyjnego i machina ruszyła. Wtedy już wiedziałam, że mogę być mamą, nie będąc w ciąży, i to stało się dla mnie celem, a nie ciąża sama w sobie.

Przyznam szczerze, że temat adopcji wydaje mi się niezmiernie ważny. Równocześnie mam wrażenie, że wokół adopcji narosło tyle stereotypów, że boję się czy cokolwiek co o adopcji słyszałam jest prawdą. Myślę więc, że ta rozmowa będzie niczym odgruzowanie wielkiej sterty krzywdzących stwierdzeń i koncepcji.

Mam nadzieję, że pomożesz mi obalić kilka mitów.

Dlaczego powiedziałaś mi, że adopcję w Polsce trzeba odczarować?

Właśnie dlatego, że o stereotypach i mitach narosłych wokół adopcji chyba można by książkę napisać. Chociażby opinia, że tyle dzieci czeka na dom, a procedury są skomplikowane i utrudniają dzieciom trafienie do nowych rodzin. Prawda jest taka, że to nie dzieci nie czekają na adopcję, to rodzice czekają na dzieci. Mam oczywiście na myśli dzieci z uregulowaną sytuacją prawną, czyli takie, których rodzicom odebrano prawa rodzicielskie lub sami się ich zrzekli. Te dzieci bardzo szybko znajdują dom. Dlatego kiedyś powiedziałam Ci, że to my mieliśmy szczęście, że nasz syn trafił do nas. Naprawdę tak jest. Placówki są przepełnione dziećmi, które mają rodziców. Tyle że ci się nimi nie interesują, ale też nie chcą się zrzec praw do nich. A państwo daje takim rodzicom szanse na poprawę praktycznie w nieskończoność. Wystarczy, jak mamusia albo tatuś zadeklarują chęć rzucenia nałogu, znalezienia pracy, raz na rok odwiedzą dziecko. I takie dziecko niestety nie będzie zakwalifikowane do adopcji. Robi się coraz starsze i ma coraz mniejsze szanse na znalezienie prawdziwego domu.

Kolejny mit to przekonanie, że po adopcji rodzice adopcyjni otrzymują pieniądze od państwa. To nieprawda. Należy nam się dokładnie to samo, co rodzicom biologicznym. Pieniądze dostają zawodowe rodziny zastępcze, bo to ich praca.

Jest też wiele krzywdzących przekonań, np. dotyczących „złych genów”, lub tego, że dzieci można sobie „wybrać” itp. Temat rzeka.

Jak wygląda proces adopcyjny? Ile trwa? Słyszy się, że ciągnie się latami, jest bardzo skomplikowany i nie do przejścia.

No właśnie, to tak naprawdę kolejny mit. Jest do przejścia, jak widać:) I wcale nie jest taki długi, a już na pewno nie skomplikowany. Faktycznie, po wprowadzeniu przez obecny rząd programu 500+ czas oczekiwania na dziecko sporo się wydłużył. Ale ten czas zależy od wielu rzeczy, między innymi od gotowości przyszłych rodziców i ich otwartości. Na pewno krócej czeka się na rodzeństwo, na noworodka, na dzieci z problemami zdrowotnymi, na dzieci starsze. Nie powiem Ci dokładnie, ile trwa, ale opowiem, jak to było u nas.

Do Ośrodka pierwszy raz zgłosiliśmy się w listopadzie 2015 roku, wtedy też złożyliśmy oficjalnie podanie o adopcję. Od razu powiedziano nam, że na kurs dla rodzin adopcyjnych czeka się do roku. I faktycznie, kurs zaczęliśmy we wrześniu 2016 r. W międzyczasie dostarczyliśmy do ośrodka niezbędne dokumenty, czyli zaświadczenie od internisty i psychiatry o braku przeciwwskazań do adopcji, nasze życiorysy, akt ślubu, ośrodek sam załatwił zaświadczenie o niekaralności. Przeszliśmy też testy psychologiczne (seria pytań na różne tematy) i mieliśmy też wizytę pań z ośrodka u nas w domu. To tyle z formalności, chyba niewiele. Później musieliśmy jeszcze donieść PIT i zaświadczenie o zatrudnieniu. Kurs skończyliśmy w listopadzie 2016r., zajęcia odbywały się raz w tygodniu, każde trwały 3 godziny. W grudniu dostaliśmy oficjalną kwalifikację na rodziców adopcyjnych, a 20 marca 2017 zadzwonił do mnie ten najważniejszy telefon, że czeka na nas nasz synek. W sumie 16 miesięcy. To bardzo szybko, a w naszej grupie były pary, u których cały proces trwał jeszcze krócej. Wiadomo, jeśli ktoś ma „kryteria” (jakże nie lubię używać tego słowa w stosunku do dzieci…) typu zdrowe, malutkie dziecko, najlepiej niemowlę, a jeszcze lepiej dziewczynka z blond loczkami, to może czekać latami.

Czy przystępując do tego procesu, mieliście jakieś wymagania?

Jeśli pytasz o wymagania do ośrodka, to nie, chcieliśmy, żeby po prostu pomogli nam zostać rodzicami. Ale muszę tu rozwinąć temat z poprzedniego pytania, dotyczący wymagań wobec dzieci. Ośrodek pyta kandydatów na rodziców o kryteria. Tak jak wspomniałam wyżej, nie znoszę tego słowa w odniesieniu do dzieci, bo jakie my możemy mieć wobec nich kryteria czy wymagania. To one potrzebują jak najlepszych rodziców i mogą od nas wymagać miłości i poświęcenia. No ale trzeba się określić. Głównie chodzi tu o wiek dziecka, płeć, ale nie tylko. My od razu zdecydowaliśmy, że nie wybieramy konkretnej płci, tak jak to jest, gdy jest się w ciąży. Wiek naszego dziecka określiliśmy na 0-1,5. Przyznaję, chcieliśmy małe dziecko, żeby jak najłatwiej nawiązać z nim więź. Odrzuciliśmy też poważne, nieuleczalne choroby, oraz FAS (płodowy zespół alkoholowy). Byliśmy za to gotowi na choroby dziecka „do wyprowadzenia”, na dziecko, które doświadczyło przemocy, molestowania, a także na dziecko, którego matka była prostytutką, po gwałcie lub upośledzona w stopniu lekkim. Czuliśmy, że z takim bagażem damy sobie radę. Ja w ogóle czułam się wtedy bardzo silna i gotowa na poradzenie sobie z traumami dziecka. Bardzo dużo czytałam, właściwie sama przygotowywałam się na różne scenariusze, głównie te najtrudniejsze. Pomógł tam też oczywiście kurs w ośrodku. Na szczęście trafiło do nas zupełnie zdrowe dziecko. To bardzo ważne, żeby na samym początku zdać sobie sprawę z tego, ile jesteśmy w stanie udźwignąć i być w 100% szczerym z pracownikami ośrodka. Tam nikt nie pomyśli o nas źle, jeśli nie zdecydujemy się na chore dziecko. Tak jest dużo lepiej niż brać na barki ciężar, którego nie jesteśmy w stanie unieść i krzywdzić już i tak skrzywdzone dziecko. Bo nie ma nic gorszego niż nieudana adopcja. Nie ma nic gorszego, niż kolejne porzucenie dziecka, które w życiu przeszło już niejedną traumę. Bo bądźmy realistami, dzieci trafiające do adopcji to dzieci skrzywdzone, porzucone. Traumę porzucenia odczuwają nawet noworodki. To my, dorośli, musimy stanąć na wysokości zadania i stworzyć tym dzieciom poczucie bezpieczeństwa, bliskość, warunki do rozwoju, dom.

Może to się powoli zmienia, ale zwykle adopcja jest skrywana, jest tematem tabu w rodzinie, wiąże się z poczuciem wstydu z powodu niepłodności rodziców. Czy tak było u Was? Czy kiedykolwiek czuliście wstyd? Czy zdecydowalibyście się na adopcję, gdybyś miała wcześniej dziecko?

Nigdy. Nigdy nie czułam wstydu z powodu naszej niepłodności. Żal, smutek, rozczarowanie, zmęczenie, tak, ale nie wstyd. Niepłodność to jest choroba, która nie jest niczyją winą. Nie bez powodu mówi się, że to para jest niepłodna, a nie kobieta czy mężczyzna. To choroba, która wyniszcza organizm, psychikę, miłość, bo nierzadko pary rozstają się w trakcie walki z nią. Na szczęście my z mężem zawsze byliśmy dla siebie ogromnym wsparciem. Zwłaszcza on dla mnie, bo były momenty, kiedy było mi bardzo ciężko. To on pomógł mi podjąć taką ostateczną decyzję o adopcji, gdy pewnego wieczoru powiedział, że chce adoptować, nawet jeśli będziemy mieli biologiczne dzieci. Więc tak, możliwe, że zdecydowalibyśmy się na adopcję tak czy inaczej. Adopcja nigdy nie była dla mnie tabu. Zresztą, od początku naszej walki z niepłodnością, nasza rodzina wiedziała o wszystkim i bardzo nam kibicowała.

Z drugiej strony patrzy się na rodziców adopcyjnych jak na bohaterów, którzy ratują dziecko od złego losu w domu dziecka. Czy czujesz się bohaterką?

W ogóle nie:) Ale wiem też, że nie każdy zdecydowałby się na taki krok. Znam pary, które pomimo niemożności zajścia w ciążę, nie decydują się na adopcję i wybierają świadomie bezdzietność. Tak jak mówiłam wcześniej, adopcja to trochę egoizm, mną kierowała głównie ogromna chęć i potrzeba bycia mamą. Pewnie, miałam też taką standardową motywację, żeby pomóc dziecku, które potrzebuje domu i kochających rodziców, ale nigdy nie była to dla mnie misja. Bohaterami są dla mnie ludzie, którzy adoptują chore dzieci, niepełnosprawne, i robią to świadomie.

Kiedy Wasz syn do Was trafił miał zaledwie kilka dni. To chyba wymarzona sytuacja dla rodziców, otrzymać od losu słodkiego niemowlaka, który tylko śpi i je. Jak u Was wyglądały te początki? Jak je wspominasz?

Śpi, je i wrzeszczy wniebogłosy… Nasz syn miał dokładnie 10 dni, gdy przywieźliśmy go do domu. Wcześniej przebywał w szpitalu. I niestety, te 10 dni zrobiły dużo złego temu małemu dziecku. To było 10 dni bez dotyku, bez przytulania, bez noszenia. Przez te 10 dni zdążył się nauczyć, że tylko jego krzyk powoduje jakąś reakcję w otoczeniu. Płakał bardzo często, bardzo długo, za każdym razem tak się zanosił, że tracił oddech. To zresztą zostało mu do dzisiaj, ale zdarza się na szczęście dużo rzadziej. Nie było nam łatwo, dla nas wszystkich była to zupełnie nowa sytuacja. Z dnia na dzień zostaliśmy rodzicami noworodka. Ale powoli uczyliśmy się siebie nawzajem i nawiązywaliśmy więź. Ale jeśli pytasz, jak wspominam ten okres, to mimo wszystko myślę, że to był piękny czas. Czasem zapominam, że syn był taki wymagający i to mąż mi mówi, że praktycznie non stop płakał:)

Pamiętasz co czułaś, kiedy pierwszy raz wzięłaś go na ręce? Czy od razu go pokochałaś? Byłaś pewna, że zostanie z Wami?

Pewnie, że pamiętam, nigdy tego nie zapomnę:) To było niesamowite uczucie, najpiękniejszy moment w moim życiu, jak do tej pory. Nie potrafiłam powstrzymać łez, które płynęły dosłownie ciurkiem i naprawdę nie byłam w stanie tego kontrolować. Nasz syn był przepięknym noworodkiem. Od razu wiedziałam, że to nasze dziecko. Zresztą, widziałam to już po telefonie z ośrodka, nie miałam żadnych wątpliwości. Mój mąż też nie. Jeszcze nie wiem, jak czuje się kobieta po urodzeniu dziecka, ale podejrzewam, że to jest podobne uczucie. W końcu mogłam wziąć w ramiona moje dziecko, na które czekałam tyle czasu. Przytulić to ciałko, które tak bardzo potrzebowało miłości i dotyku, poczuć ten niesamowity zapach… no, to było szczęście w czystej postaci. Ale nie pokochałam go od razu i nie boję się o tym powiedzieć. To znaczy tak rozumowo tak, wiedziałam, że go kocham, no bo od tej pory był moim synem. Ale to prawdziwe uczucie miłości, które odczuwa się każdą komórką ciała, które zapiera ci dech w piersiach, które sprawia, że twoje serce przestaje bić, kiedy boisz się o swoje dziecko, przyszło z czasem i z dnia na dzień było coraz większe i większe…Tej miłości trzeba się nauczyć.

Zanim do Was trafił, na pewno nie miał tyle miłości i bliskości ile potrzebował. Jak dawałaś mu poczucie bezpieczeństwa, to ciepło, jak można nadrobić ten czas i czy w ogóle jest to możliwe? Wiem, że próbowaliście nawet chusty…

Można go nadrobić, nawet trzeba. Z noworodkiem to nie jest takie trudne. Trzeba po prostu być blisko. Jeszcze na kursie usłyszałam o rodzicielstwie bliskości, czekając na ten telefon przeczytałam wiele opracowań na ten temat, między innymi „Księgę rodzicielstwa bliskości” Sears’ów i wiedziałam, że chcę być bliskim rodzicem. Dużo nosiłam syna, przytulałam, do tej pory to robię. Podążam za jego potrzebami. Niestety nie udało nam się chustonoszenie. Mój syn miał problem z napięciem mięśniowym, bardzo się prężył i nie dawał się zamotać w chuście, pomimo moich najszczerszych chęci. Za to nosiłam go w nosidle, ale też nie była to jego ulubiona forma spacerowania. Nie wyszło nam też współspanie. Syn najczęściej uspokajał się odłożony do łóżeczka. Do tej pory z mężem staramy się dawać mu bardzo dużo bliskości i czułości. Jesteśmy zawsze obok, ale dajemy mu też przestrzeń, której potrzebuje. Szanujemy jego emocje, potrzeby, traktujemy go jak człowieka, tylko trochę mniejszego:)

Jak się teraz rozwija Wasz synek? Jaki jest? Jakie są Wasze relacje – jesteście ze sobą blisko?

Rozwija się książkowo, ale we mnie ciągle jest jakaś niepewność co do jego zdrowia i martwię się o niego, nawet jeśli nie ma powodów. Wcześniej powiedziałaś, że adopcja noworodka to wymarzona sytuacja dla rodziców. I w pewnym sensie tak jest, ale z drugiej strony to jest ogromna niepewność. Nic nie wiem o jego biologicznej rodzinie, o chorobach, nie wiem, jak jego biologiczna mama dbała o siebie w ciąży i czy w ogóle, czy piła alkohol, paliła papierosy… Ale jak patrzę, jaki jest mądry, jak dobrą ma pamięć, jak bardzo potrafi mnie zaskoczyć swoimi umiejętnościami, jaki jest rezolutny, to mówię sobie, że wszystko będzie dobrze. To tak zwane „żywe srebro”:) Wszędzie go pełno, jest ciągle uśmiechnięty, ma mnóstwo energii i jest cudownym małym chłopcem:)

Teraz jesteś w ciąży i spodziewasz się synka. Wydaje mi się, że bycie mamą biologiczną to na pewno coś innego, nie lepszego ani gorszego, lecz innego. A według Ciebie? Myślisz, że będziesz taka samo kochać obu synów? Masz jakieś obawy z tym związane?

Nie mam żadnych obaw. Jestem w ciąży, ze starszym synem nie byłam. Ale te emocje, które towarzyszyły mi w oczekiwaniu na niego, jeszcze dziś sprawiają, że mam łzy w oczach. Czekałam na niego tak samo mocno, jak czekam teraz na młodszego. Chociaż nie. To nie jest prawda. Na starszego czekałam bardziej. Na niego czekałam całe życie. To on uczynił mnie Mamą. To on zmienił moje życie. Czas oczekiwania na niego zakończył bardzo ciężki etap, pełen rozczarowań, żalu, łez, samotności, ciszy. Ten etap trwał tak długo, że czekając na telefon z Ośrodka Adopcyjnego chodziłam z głową w chmurach, bo wtedy byłam już tylko pełna nadziei. To chyba tak jak w ciąży, co nie?:) Miałam też mnóstwo obaw, wiadomo. Ale nie były one w stanie zepsuć mojej radości z oczekiwania na dziecko. Teraz też się bardzo cieszę i nie mogę się doczekać, kiedy przytulę mojego drugiego synka. Jestem pewna, że jak pojawi się na świecie, to będzie naszym drugim oczkiem w głowie.
Bo miłość do dzieci to taka miłość, której się nie dzieli na dwoje, tylko mnoży razy dwa, prawda?:) I nie ma dla mnie znaczenia, że jednego syna nie urodziłam. W ogóle to ja często o tym zapominam:)

Twoja ciąża to też swego rodzaju cud, prawda? Możesz opowiedzieć coś więcej? Jak długo staraliście się o to dziecko?

Powiedzmy, że cud medycyny;) Staraliśmy się o nią 7 długich lat. Po drodze było długie, bardzo wyczerpujące leczenie, niezliczona ilość wizyt lekarskich, badań, mnóstwo wydanych pieniędzy, utrata wczesnej ciąży, adopcja. Ale teraz to wszystko nie ma znaczenia, za chwilę będę podwójną mamą i tylko to się teraz liczy. My wiemy, że tak musiało być. Taki był plan. Bo gdybym wcześniej zaszła w ciążę, to nie wiem, czy mielibyśmy starszego synka. A tego nie umiem sobie wyobrazić…

Czy jest jakieś pytanie, którego nie zadałam a chciałabyś usłyszeć? Czy może jest coś, co chciałabyś powiedzieć kobietom, rodzinom starającym się o dziecko.

Chciałabym powiedzieć, że walka nie zawsze kończy się zwycięstwem. Że czasem trzeba powiedzieć sobie „stop” i zadbać o siebie. O swoje zdrowie, o swój związek. Często właśnie wtedy dzieją się cuda. I że dróg do rodzicielstwa jest wiele, trzeba tylko znaleźć tę odpowiednią dla siebie.

Czego mogę Ci życzyć w tym Nowym Roku?

Standardowo, jak najwięcej przespanych nocy;) A tak poważnie, to tylko zdrowia, bo może to frazes, ale dla mnie to jest najważniejsze.

Dziękuję :*

6 rzeczy, których możemy nauczyć się od własnego dziecka

 

  1. Ciesz się z małych rzeczy – ciesz się z buziaka na dzień dobry, z ciepłej herbaty w chłodny wieczór, z uśmiechu od nieznajomego, z pięciu minut samotności w łazience, z ciepłego koca i dobrej książki; doceniaj zapach lasu po deszczu, szelest liści pod stopami, śpiew ptaków o świcie; zauważ, że biedronka usiadła Ci na ramieniu, że stałaś w korku krócej niż zwykle i że kolega z pracy powiedział, że świetnie wyglądasz, mimo tej nieprzespanej nocy 😉

  2. Bądź tu i teraz – nie rozpamiętuj przeszłości, nie zastanawiaj się dlaczego coś zrobiłaś, a dlaczego czegoś nie zrobiłaś, nie miej do siebie pretensji za wczoraj i nie martw się o jutro; bądź obecna dla siebie dzisiaj.

  3. Ufaj i szukaj dobra – zaufaj, że świat jest po Twojej stronie, nawet jeśli to, co się dzieję nie zawsze jest po Twojej myśli; szukaj w ludziach dobra – zaufaj im! Szukaj tego dobra w sobie i bądź dla siebie dobra.

  4. Bądź ciekawa – traktuj każdy dzień jak przygodę, w końcu każda chwila jest inna i niepowtarzalna, nigdy więcej się nie powtórzy; odkrywaj i ucz się siebie i świata, bądź odważna i nie zastanawiaj się czy to Ci się opłaca, sama droga powinna być nagrodą.

  5. Jak się przewrócisz, to powstań – nie trwaj w upadku, nie bój się wstać, a jeśli nie potrafisz podnieść się sama to poproś o pomoc – dziecko, które uczy się chodzić, jest wytrwałe, nie poddaje się od razu, upada milion razy, ale otrzepuje się i biegnie dalej. Nie masz siły, żeby biec to idź, nie możesz iść, to się czołgaj – byle do przodu!

  6. Bądź szczera – nie marnuj życia na ukrywanie swojej prawdziwej natury, nie kryj swych emocji, swoich uczuć; nie udawaj, że jest Ci dobrze, gdy cierpisz; nie mów, że kochasz, gdy nienawidzisz; nie milcz gdy potrzebujesz pomocy. Nie okłamuj ludzi, nie okłamuj siebie!

Plecak prosty – opis wiązania

Zaczynamy opis i analizę wiązań od mojego ulubionego, czyli od plecaka prostego (pp / rucksack carry) dlaczego tak kocham pp? Bo jest fajny i prosty 😉 ale tak na serio – dlaczego się tak go boimy? dla kogo najlepszy? Na co warto zwrócić uwagę?

Plecak prosty, to wiązanie na plecach rodzica. Wiązanie symetryczne z tyłu, w którym ciężar dziecka rozkłada się równomiernie na biodrach, plecach i oczywiście na barkach osoby noszącej. Dzięki plecakowi przyjmujemy prawidłową postawę ciała, dlatego też świetnie sprawdza się u kobiet, gdyż aktywizujemy mięśnie dna miednicy. Jest to też wiązanie, które doskonale sprawdza się u pań z większym biustem, u których wiązanie chusty z przodu może być dość problematyczne.

Rodzice boją się go najczęściej dlatego, że trzeba pokonać strach przed „zarzuceniem” dziecka na plecy. No bo faktycznie dziecko wrzucamy na plecy, więc musimy się czuć dość pewnie jako rodzice, znać swoje ciało i robić to zdecydowanie oraz szybko. Warto jednak ten lęk pokonać, umówić się z doradcą, bo dziecko na plecach jest zupełnie bezpieczne a nam daje bardzo dużą swobodę 🙂

Plecak prosty jest wiązaniem możliwym już od urodzenia, ale ze względu na to, że nie widzimy co dzieje się z dzieckiem w czasie noszenia, wiele osób decyduje się na to wiązanie, kiedy dziecko już stabilnie trzyma głowę. Ja to podejście w pełni rozumiem i popieram jako mama.

Jeśli chodzi o postawę dziecka, to pp daje niewielkie odwiedzenie i odpowiednią pozycję chuściocha. Dolna krawędź chusty układa się w literę U, poły krzyżują się pod pupą dziecka, a następnie przebiegają po łydkach, a u większych dzieci podtrzymują uda. Dobrze dociągnięta chusta zapewnia oczywiście idealną stabilizację boczną. Poza tym pp jest idealny dla dzieci, które chcą oglądać świat. Więc jeśli kiedykolwiek mieliśmy pokusę, żeby nosić dziecko przodem do świata w jakimś pseudonosidle (bo ono tak się wyrywa, żeby wszystko oglądać) to plecak prosty jest zdrową i prawidłowa opcją.

Kolejną zaletą plecaka prostego jest aspekt ekonomiczny – potrzebujemy dość krótkiej chusty, spokojnie wystarczy 3,6 m, więc finansowo jest to bardzo korzystne rozwiązanie.

Przy wiązaniu chusty pamiętajmy o tym, żeby krawędź przy szyi dziecka była prawidłowo dociągnięta – żeby nie było luzów, ale też żeby nie odciskała się na karku dziecka. Bardzo ważne też, żeby pamiętać o optymalnie wykonanym tobołku – im lepiej zrobiony, tym mniej roboty na plecach. Materiał pod pupą dziecka musi być równomiernie ułożony, gdyż kiedy będzie za mało materiału pod pupą albo materiał nie będzie przytrzymywany przez poły, może nam się wysuwać. Z kolei za duża „dupowpadka” też nie jest prawidłowa, ponieważ dziecko nie może być podwieszone za doły podkolanowe. Pamiętajmy również o naszej pozycji w czasie wiązania, jeśli zbytnio będziemy się nachylać do przodu, żeby asekurować dziecko, staniemy się dla dziecka podłogą i ono w naturalnym odruchu będzie się od nas odpychać i dociąganie krawędzi będzie dość skomplikowane. I ostatnim aspektem jest chusta na ramionach, która ma tendencję do zsuwania się. Aby temu zapobiec, należy poły chusty, które biegną na ramionach złożyć wzdłuż na pół, formując je w tzw. „kanapkę”. Dzięki temu nie będzie jej za dużo na ramieniu, nie będzie się zsuwać i w dodatku jej przebieg będzie prawidłowy w dalszej części, więc będzie tworzyć optymalną stabilizację boczną. To mówię Wam ja – mistrzyni kanapek 😉

O ClauWi®

O ClauWi®

Szkoła Noszenia ClauWi® powstała 19 lat temu w Niemczech i była jedną z pierwszych tego typu instytucji w Europie. Clauwi szkoli Doradców Noszenia nie tylko w Europie, ale też w USA, Kanadzie i Australii. Dzięki stabilności i renomie Szkoła posiada już ugruntowaną pozycję na rynku szkoleniowym. Natomiast liczna i dobrze wykształcona kadra trenerska gwarantuje wysoki poziom szkoleń dla Doradców Noszenia.

Pomysłodawczynią Szkoły była Petra Wilhelm, która założyła ClauWi® wraz ze swoją przyjaciółką. Obie twierdziły, że noszenie powinno być przyjemne zarówno dla rodzica, jak i dziecka. Na bazie swoich własnych doświadczeń z noszeniem dzieci, Petra Wilhelm doszła do wniosku, że w noszeniu ważne są oczywiście bliskość i poczucie bezpieczeństwa, ale dodatkowo właściwa pozycja dziecka w chuście oraz postawa osoby noszącej.

Po przeprowadzeniu licznych konsultacji ze specjalistami – ortopedami, fizjoterapeutami i osteopatami, mogła odpowiedzieć sobie na pytania o to, jak układ kostno-mięśniowy dziecka, a przede wszystkim wrażliwy kręgosłup oraz miednica i stawy biodrowe reagują na noszenie w chuście. Dodatkowo dowiedziała się jak zachowują się poszczególne części ciała osoby, która nosi dziecko.

Trzeba też zaznaczyć, że bardzo ważnym aspektem działalności ClauWi® są międzynarodowe kontakty ze specjalistami w dziedzinie noszenia dzieci. Z kolei gwarancją dopracowanej w szczegółach koncepcji szkoleniowej, sprawdzonej podczas dziesiątek przeprowadzonych kursów, jest wieloletnie doświadczenie Szkoły.

Szkoła Noszenia ClauWi® to nie tylko perfekcja wiązań. Szkoła kładzie duży nacisk na wspieranie zdrowego rozwoju kręgosłupa i stawów biodrowych dziecka, a do tego zwraca uwagę i troszczy się o kręgosłup noszącego. Jej celem jest propagowanie idei noszenia dzieci w chustach i nosidłach miękkich oraz idei Rodzicielstwa Bliskości na całym świecie.

Więcej informacji można znaleźć na stronie polskiego przedstawicielstwo Szkoły Noszenia ClauWi®: www.clauwi.pl

Jak wygląda konsultacja indywidualna?

Najpierw trochę teorii – opowiem Ci:

  • jak przebiega rozwój kręgosłupa dziecka
  • kiedy można rozpocząć noszenie w chuście
  • dlaczego nie należy nosić dziecka na brzuchu przodem do świata
  • dlaczego bliskość jest tak ważna
  • dlaczego chustowanie wspiera rozwój motoryczny i intelektualny dziecka
  • w jaki sposób chustując wspierasz rozwój emocjonalny dziecka
  • jakie są rodzaje chust
  • jakie są rodzaje wiązań
  • kiedy stosować poszczególne wiązania
  • jak używać chusty o różnych porach roku

Co potem?

  • wspólnie wybierzemy najlepsze dla Was wiązania, biorąc pod uwagę Wasze potrzeby, styl życia, indywidualne predyspozycje, razem wykonywane czynności
  • nauczysz się jednego lub dwu wybranych wiązań, przećwiczysz je na lalce treningowej i obowiązkowo zamotasz swoje dziecko, abyśmy byli pewni, że robisz to poprawnie i bezpiecznie

Dlaczego warto nosić w chuście?

Korzyści z chustonoszenia jest mnóstwo. Oczywiście dziecko jest jeszcze bliżej nas, jeszcze bliżej znanego bicia serca mamy czy jeszcze bliżej kojącego głosu taty. Mogłabym oczywiście o tym mówić godzinami i nie wiem kiedy bym skończyła, bo to temat rzeka…

Żeby było prościej, to podzieliłam korzyści na dwie główne kategorie i wymieniłam najważniejsze z nich:

Korzyści dla dziecka:

  • prawidłowe ułożenie kręgosłupa – po odpowiednim dobraniu chusty i wiązania, uczymy się utrzymać poprawną pozycję

  • bliskość fizyczna – ciągły kontakt, dzięki któremu dziecko czuje się kochane, bezpieczne i natychmiast się uspokaja

  • ukojenie wszystkich lęków – w pozycji, która przypomina życie w brzuchu mamy – dziecko jest spokojne, może bez stresu adaptować się do nowego świata

  • aktywowanie wszystkich zmysłów dziecka – dotyku, wzroku, słuchu, węchu oraz smaku

  • wspieranie rozwoju układu nerwowego, układu kostnego i mięśniowego

  • pomoc przy dolegliwościach brzuszkowych – dobrze działa przy kolkach czy problemach z trawieniem

  • nieocenione wsparcie w czasie trudnych dni dziecka, przy gorączkowaniu, ząbkowaniu czy skokach rozwojowych

  • wygoda – dziecko czuje się komfortowo, czasami nawet bardziej niż w łóżeczku czy w wózku

Korzyści dla mamy i taty:

  • zdrowie – chusta pozwala na takie noszenie dziecka, które nie obciąży kręgosłupa noszącego rodzica

  • bliski kontakt ze skórą mamy pozytywnie wspiera laktację

  • wygoda – zamiast martwić się czy przejedziemy wózkiem przez wysoki próg, schody, ciasną uliczkę, piasek, łąkę czy las – możemy zamotać dziecko w chustę, będzie nam wygodnie z dzieckiem w chuście – zawsze i wszędzie

  • wolne ręce – już nie będziemy musieli się zastanawiać jak wykonywać prace domowe z dzieckiem na rekach, w chuście dziecko może uczestniczyć w życiu rodziny już od urodzenia

  • stały i bliski kontakt z dzieckiem – teraz jeszcze szybciej będziemy mogli nauczyć się dziecka i rozpoznawać jego potrzeby

  • zbudowanie więzi z dzieckiem – niezmiernie ważne dla taty, który tej więzi musi się nauczyć

  • wsparcie dla rodziców, szczególnie gdy dzieci jest więcej – możemy z jednej strony być blisko najmłodszego, a z drugiej nie zaniedbywać starszych pociech

Jak widzicie mogłabym tak wymieniać godzinami … Co Wy na to? Przekonałam Was?

Chcecie już dołączyć do grona chustujących rodziców? To świetny wybór!